Nie ma większej gry wyścigowej na rynku niż Forza Horizon. I to nie powinno podlegać dyskusji. Były próby zdetronizowania króla np. przez serię Test Drive Unlimited czy The Crew od Ubisoftu. I były to próby całkiem udane (w zależności od części), tak ostatecznie Forza ustała na nogach. Teraz dostaliśmy część szóstą, która zabiera nas do najbardziej wyczekiwanej, wręcz kultowej lokacji — Japonii. No i ja mam tutaj zgryz.
Najbardziej kochamy to, co znamy
A przynajmniej takie wrażenie sprawia najnowsza od słona od Playground Games. Nie wiem, czy to umyślne założenie projektowe, czy twórcy nie potrafią wyjść poza swoje ramy, w których ewidentnie czują się dobrze. Jeśli jednak po Australii i Meksyku liczyłeś na trochę inny rodzaj rozgrywki — to srogo się rozczarujesz.
Japonia w tym wydaniu w wielu miejscach przypomina tereny, które już dobrze znamy. Szczerze powiem wprost — liczyłem, że twórcy pójdą bardziej w kierunku filmowego Szybcy i Wściekli Tokio Drift z miksem NFS Undeground 2. Tymczasem wykreowana przez nich Japonia niczym nie różni się od Australii.
Trzon rozgrywki pozostaje niezmienny. Bierzemy udział w ogromnym festiwalu motoryzacyjnym, w którym nie brakuje aktywności. Zmieniają się tylko widoczki, gdzie zamiast winnic mamy pola ryżowe a zamiast kaktusów z Meksyku są wiśnie. Piękne, ale to jednak reskin.

Początek jest jednak niezły
Jak zwykle dla serii FH mamy odjazdowy, szalenie filmowy początek. Co prawda fabuła jest tutaj kompletnie z czapy, bo o to przyjeżdżamy jako turysta na festiwal motoryzacyjny do znajomej, ale… no zapomnieliśmy wziąć ze sobą auta. Zdarza się najlepszym prawda? Na szczęście nasza znajoma ma cały garaż i chwilę później bez zająknięcia mamy nie mniejszy. W ramach wątku fabularnego mamy również misje Discover Japan, w ramach których odkrywamy najbardziej ikoniczne miejsca Japonii. To naprawdę przyjemne doświadczenie i szczerze szkoda, że nie zostało ono rozbudowane jeszcze bardziej. Ja wiem, że cykl FH to takie quasi-mmo, ale taka rozbudowana kampania single player w Kraju Kwitnącej Wiśni? Brałbym jak szalony.
Poprawiono też poczucie progresji. Na starcie dostajemy słabsze auta (chociaż i to nie do końca prawda, bo jeśli grałeś w poprzednie części, to twórcy dają ci tyle gratisów na starcie, że to poczucie progresji trochę ulatuje). Lepsze wyścigi, bardziej wymagające oraz nowe rodzaje odblokowujemy, zdobywając kolejne kolory opasek. Jest to jakaś poprawa, ale nie nazwałbym tego rewolucyjnym systemem, bo przecież to też już było.
W dodatku trudno tutaj też narzekać na brak pieniędzy. Te wpadają praktycznie za wszystko — od wyścigów, przez znalezione znajdźki, losowania, a nawet zysk z nieruchomości, które możemy nabywać w trakcie rozgrywki.
Domy, garaże i tuning
Jak wspomniałem, w FH6 można kupować nieruchomości, które możemy personalizować. Oczywiście, możesz totalnie olać ten fragment albo spędzić całe godziny na dekorowaniu, sprzątaniu i personalizowaniu budynku. Elementów jest całe zatrzęsienie i jeśli tylko ktoś lubi vibe The Sims z pewnością się w tym odnajdzie. Przy okazji trudno nie mieć wrażenia, że ten sam ficzer dostaniemy za parę miesięcy w nadchodzącym Fable’u.
Podobnie można teraz dekorować też garaże. Szkoda, że wydały mi się ciut klaustrofobiczne (brak okien), ale docenić należy, że w jakiś sposób seria poszła do przodu. Gorzej jest z tuningiem, bo z nowych elementów jest możliwość naklejania naklejek na szyby czy montowanie przewidzianych przez twórców spojlerów. Odniosłem wrażenie, że to jednak tylko kosmetyczne zmiany, niemające większego wpływu na zachowanie pojazdu.
Graficznie to pierwsza klasa
Grę ogrywałem na Xbox Series X i byłem zachwycony. Oczywiście, mocarne pecety wyciągną jeszcze lepszą oprawę graficzną i co do tego nie mam nawet wątpliwości. Pory roku, kwitnące wiśnie, charakterystyczne dla Japonii widoki, gęsta roślinność, a nawet same auta — to wszystko robi kolosalne wrażenie. Jedyne, do czego mógłbym się przyczepić to widok kokpitów. No są jakieś takie… biedne.
Dźwiękowo też jak zawsze bardzo satysfakcjonująco. Radio daje radę, stacje radiowe znane i lubiane (jak Horizon Pulse) albo całkowicie nowe (całkowicie japońskie Gacha City Radio).

Tylko to wszystko… za mało na sequel
Powtarzam jeszcze raz — bez wątpienia jest go gra wielka. Potrafi przytłoczyć rozmiarem, rozmachem, ilością aktywności czy oprawą graficzną. Nadal jest to niekwestionowany król wyścigów arcade i zapewne długo nikt jej nie zagrozi. Tyle tylko, że przy poprzednich częściach można było bronić grę przed zarzutem taniego reskinu czy bycia w istocie rozbudowanym DLC tak tutaj bronić nie ma czego. Od poprzedniej części minęło 5 lat, a w istocie otrzymaliśmy mapę, kilka drobniejszych nowości, które jednak nie wpływają na odbiór całokształtu i poczucie totalnie niewykorzystanego potencjału.
Tokio i okolice zachęcały wręcz do eksploracji gatunkowej. Zejście trochę ze ścieżki grzecznego motosportu, pokazanie trochę undergroundu, tuningu. Więcej światła, ruchu drogowego, klimatu K-Pop. Tego wszystkiego tutaj nie otrzymujemy. Szkoda, bo w mojej ocenie Forza Horizon to obecnie największa Xboxowa franczyza, która powstała od zera. Większa od Gears i Halo i szkoda by było, gdyby grze stała się krzywda.

Dodaj komentarz